Od 15 lat tuż po świętach Bożego Narodzenia opuszczamy z moim mężem polską szarugę i na 3 tygodnie przenosimy sie w ciepłe klimaty. Te zimowe wakacje są dla nas ważniejsze od tych letnich, potrzebujemy bowiem "naładować baterie" i przeżyć przygodę, która da nam oddech i dystans do codziennej krakowskiej gonitwy.

Przed narodzeniem naszego synka wyjazdy były zupełnie inne niż te od kiedy jest z nami Maciek. Pakowaliśmy plecaki, zabieraliśmy kilka niezbędnych rzeczy i z dala od szlaków turystycznych przemierzaliśmy Amerykę Południową, Azję i Afrykę. Podczas tych wszystkich wyjazdów to co zawsze było najbardziej fascynujące to nie cuda natury czy architektura, ale ludzie, ich obyczaje, ich kultura inna od naszej mentalność, religia i oczywiscie ich kuchnia. Dzięki podróżom moje kubki smakowe przeszły całkowitą przemianę. Początki z kuchnią Hinduską, Arabską czy Azjatycką były niemalże rewolucją dla mojego podniebienia . Fascynuje mnie to bogactwo przypraw, te receptury przekazywane z pokolenia na pokolenie, te piekarnie w których piecze sie własny chleb przyniesiony do piekarza żeby go upiekł w prawdziwym piecu, te mini wózki-kuchnie na ktorych przyżądza sie całe dania, te prymitywne restauracje uliczne w których można spróbować prawdziwych smaków danego kraju za kilka groszy.

 

Od kiedy jeździ z nami Mały Ludzik nasze podróżowanie zmieniło nieco swój charakter. Musimy być bardziej ostrożni i wyczuleni na jego potrzeby. To oczywiście nie oznacza, że zrezygnowaliśmy z dalszych kierunków i samodzielnego planowania i organizowania podrży. Nigdy nie korzystaliśmy z agencji turystycznych  i mój mąż osiagnął już takie mistrzostwo w planowaniu i organizowaniu wyjazdów, że sam mógłby otworzyć biuro turystyczne.

Wracając jednak do tematu jedzenia to muszę przyznać, że potrafimy wybrać sie w jakiś region czy do jakiegoś konkretnego miejsca tylko ze względu  na jedzenie które tam można zjeść , mimo że nie ma tam żadnych atrakcji, "nic ciekawego do zobaczenia". Od zwiedzania kolejnej katedry wolę usiąść w pobliskiej kafejce czy barze i obserwować lokalnych ludzi, ich życie i zwyczaje, jak płynie im czas na wspólnej rozmowie przy kawie czy posiłku.

W tym miejscu mojego bloga będę sie z Wami dzielić moimi kulinarnymi doświadczeniami z podróży. Mam nadzieję, że będą one dla Was inspiracją do ugotowania czegoś nowego lub wskażą kierunek kolejnej Waszej podróży.

TENERYFA - WYSPA WIECZNEJ WIOSNY styczeń 2015

Ostanie dwa tygodnie spędzam na północy Teneryfy na zaprzyjaźnionej od lat plantacji bananów Malpais Trece niedaleko Garachico. Północ Teneryfy jest zupełnie inna niz południe, w niczym nie przypomina zatłoczonych Playa de las Americas, Los Cristianos czy Palm-Mar. Nie ma tutaj wielkich hoteli z ofertą all inclusive, galerii handlowych z ekskluzywną odzieżą czy restauracji z menu w 6 językach i zdjęciami potraw. Na północy jest chłodniej i dlatego też masowa turystyka zlokalizowana jest w większości  na południu. To co na pierwszy rzut oka odróżnia północ od południa to zieleń wszechobecnych plantacji bananów i niesamowitej roślinności, palm, dracen wielkości drzewa, rododendronów i innych pięknie kwitnących roślin których nazw nawet nie znam.

 

 

 

Pełne

Teneryfa jest wyspą o wielu możliwościach . Otoczona oceanem, z wysokimi górami i wulkanem El Teide, z pięknymi miastami takimi jak La Orotava czy La Laguna. Zadowoli zarówno amatorów wspinaczki górskiej, pieszych czy rowerowych wypraw, surferów jak i plażowiczów.

Dzięki klimatowi jaki panuje na Teneryfie, średnia temperatura w miesiącach zimowych utrzymuje się około 20 stopni, wyspa przez cały rok obfituje w rożnego rodzaju owoce i warzywa. Klimat tutejszy sprzyja również na uprawie winorośli, dlatego wyspa ta może sie pochwalić naprawdę świetnymi winami.

Produktem typowo kanaryjskim jest gofio czyli prażona mąka z kukurydzy, pszenicy lub jęczmienia, którą obowiązkowo dodaje sie do innej typowej potrawy kanaryjskiej a mianowicie potaje de berros czyli zupy gotowanej na wieprzowinie z dodatkiem boćwiny,fasolki i ziemniaków. Z Gofio przyrządza się także placki, kluski, zagęszcza sosy a nawet dodaje do deserów.

Kolejną typowo kanaryjską specjalnością są papas arrugadas czyli pomarszczone ziemniaki.Przygotowuje się je bardzo prosto, gotując w skórce w słonej wodzie, czasami wykorzystując tą z oceanu, aż woda wyparuje a ziemniaki pokryją się słoną skorupką i pomarszczą. Papas arrugadas obowiązkowo podaje się z mojo czyli sosem z papryki zielonej, czosnku, kolendry, oliwy i wody w wersji verde (zielony), z papryki czerwonej w wersji rojo (czerwony) lub picon z dodatkiem ostrej papryki.

 

Przycięte